Bałtyk, czyli nasze morze. Chyba każdy Polak ma do niego sentyment. Postanowiliśmy więc udać się na wyprawę rowerową wzdłuż fragmentu jego skandynawskiego wybrzeża… ale w prawo czy w lewo, na zachód czy na wschód? W którą stronę lepiej jechać? Po dłuższej analizie z wykorzystaniem róży wiatrów (metodę bardzo polecamy ;)) – tydzień przed wyjazdem zdecydowaliśmy – Karlskrone-Malmo-Kopenhaga-Rostock-Rugia-Świnoujście. Przewidywany dystans ok. 1050km; przewidywany czas 14 dni.
Nowością na tym wyjeździe był jego charytatywny charakter, w ramach naszego projektu Koło Życia. Postanowiliśmy uruchomić zbiórkę pieniędzy na leczenie małej Alicji. Na naszych postach z wyprawy wrzucaliśmy więc info o akcji, dzięki czemu udało się ostatecznie uzbierać kilka tysięcy złotych. Szczegóły tutaj: Koło Życia
PRAKTYCZNA WSKAZÓWKA:
Do wyznaczenia trasy wykorzystaliśmy aplikację Komoot. Jej plusem jest to, że częściowo tworzą ją użytkownicy, poprzez oznaczanie na mapie i opisywanie ciekawych punktów lub tras, zatem mogliśmy, zamiast bazować na suchych danych z map papierowych, częściowo korzystać z doświadczeń tubylców lub innych turystów. Dzięki temu w wielu przypadkach jeździliśmy świetnymi drogami, ale niestety w kilku miejscach rzeczywistość trochę odbiegała od tego, co sugerowała aplikacja. Cóż, zawsze trzeba być czujnym.
Jak to na naszych wyjazdach bywa, chętnych było mnóstwo, ale ostatecznie wybraliśmy się we trójkę. Tym razem nie rezerwowaliśmy noclegów, zamiast tego wzięliśmy ze sobą namioty, specjalnie na ten wyjazd kupione – razem z resztą wyposażenia campingowego: śpiwory, materace, zestaw do gotowania, panele słoneczne itd. Był to spory wydatek, zwiększający poważnie łączny koszt wyjazdu na starcie. Ostatecznie jednak wyraźnie zmniejszał koszty noclegów (a te w Skandynawii są wysokie), a dodatkowo jest to zakup przyszłościowy. Było w nas trochę obaw, czy damy radę namiotować tyle nocy z rzędu, czy nie będzie za zimno, czy zawsze uda się znaleźć dobre miejsce na nocleg, czy nam rowery nie zaginą itp.. A jak było naprawdę? Zapraszam do lektury.

Start wyprawy miał miejsce w Gdyni – łatwo dotarliśmy tam pociągami i w nocy z 25 na 26 lipca przepłynęliśmy do Karlskrony. Prom był ogromny i niemal nie dało się odczuć, że jesteśmy na morzu – nasze obawy związane z chorobą morską i naszymi wspomnieniami z przeprawą na Bornholm na szczęście się nie sprawdziły. (Kliknij żeby poczytać o wyprawie na Bornholm) Na promie było dostępnych wiele poziomów. Dyskoteka rozbrzmiewająca przebojami Abby na górnym pokładzie, niżej sklepy i inne lokale – nie można było się nudzić. Kajuty wzięliśmy te najtańsze bez okien, łóżka były wygodne i udało się nieźle pospać, tyle że nie za długo – już przed szóstą rano trzeba było opuścić kajutę. Przed ósmą postawiliśmy stopę (i oponę) na szwedzkiej ziemi, a po półgodzinnym ogarnianiu się wyruszyliśmy, kierując się najpierw do Karlskrony (prom przybija do małej wyspy z drugiej strony zatoczki, nad którą leży miasto, więc trzeba ją objechać, by do niego dotrzeć).


Szwedzkie miasteczko przywiodło nam na myśl Wenecję – sporo kanałów, rzeczek, wysepek… Tylko temperatura inna, i język jakby mniej dźwięczny. Skoczyliśmy do urokliwego centrum, obejrzeliśmy kilka kościołów (w jednym rzucił nam się w oczy złoty balon z helem w kształcie krzyża), zajrzeliśmy do Muzeum Morskiego i przeszliśmy się na wysepkę Stakholmen. Klimatyczne miasteczko opuściliśmy małym i stosunkowo niedrogim promem turystycznym krążącym tam i z powrotem do Nättraby, z kilkoma przystankami po drodze. Promy pełnią tam trochę funkcję komunikacji podmiejskiej.



Z Nättraby wreszcie wyjechaliśmy poza zabudowany teren, i niemal od razu zakochaliśmy się w Szwecji. Piękne okoliczności przyrody – w większości gęste lasy, przepasane polami i pastwiskami (dla krów, owiec, koni i danieli). Gdzieniegdzie ruiny czy stare kamienne murki otaczające pola i łąki, widok na morze po lewej, niebanalne podjazdy i przyjemne zjazdy… Trzeba przyznać, że trasa nas męczyła, zwłaszcza że obciążenie na rowerach było większe niż zwykle, ale wrażenia rekompensowały nam ten wysiłek.
ŚCIEŻKI ROWEROWE W SZWECJI:
Szwedzki sposób projektowania i wykonania ścieżek rowerowych jest godny podziwu. Ścieżki są niemal przy każdej drodze, są poprowadzone w bezpieczny sposób, z wyraźnie oddzielonym ruchem w obu kierunkach, w wioskach i miasteczkach często uliczki kończą się zakazem wjazdu z wyjątkiem dla rowerów, przy drogach przecinających ścieżki nie ma krawężników (które w Polsce są codziennością na ścieżkach rowerowych). W Szwecji wszędzie jest perfekcyjny gładki asfaltowy podjazd/zjazd. Można to docenić nie tylko z uwagi na rowerzystów, ale też niepełnosprawnych czy rodziców z wózkiem dziecięcym. Oni naprawdę planują to z głową – widać, że jest to przemyślane i po prostu wygodne. Nie można też pominąć, że ścieżki poprowadzone są w pięknych miejscach, z genialnymi widokami na morze/jeziora/lasy. Zgodnie stwierdziliśmy, że nasi polscy samorządowcy, projektanci i wykonawcy, przed planowaniem jakiegokolwiek rozwoju sieci ścieżek, powinni najpierw przyjechać obowiązkowo do Szwecji. Do wyznaczenia trasy wykorzystaliśmy aplikację Komoot. Jej plusem jest to, że częściowo tworzą ją użytkownicy, poprzez oznaczanie na mapie i opisywanie ciekawych punktów lub tras, zatem mogliśmy, zamiast bazować na suchych danych z map papierowych, częściowo korzystać z doświadczeń tubylców lub innych turystów. Dzięki temu w wielu przypadkach jeździliśmy świetnymi drogami, ale niestety w kilku miejscach rzeczywistość trochę odbiegała od tego, co sugerowała aplikacja. Cóż, zawsze trzeba być czujnym.
Trasy z Komoota pierwszego dnia sprawdziły się niemal idealnie – jedyną zaskakującą sytuacją pierwszego dnia było wjechanie z lasu na prywatny teren (zagrodę), gdzie akurat spotkaliśmy właściciela, wyraźnie niezadowolonego z obecności obcych. Szybko odjechaliśmy, nie wiedząc nawet, co nam po szwedzku chce powiedzieć (choć mogliśmy się domyślać). 😉 Z ciekawych miejsc pierwszego dnia, oprócz Karlskrony, musimy wymienić Ronneby. Małe, sympatyczne miasteczko, z koniem na wieży (chyba ratuszowej). Nocleg znaleźliśmy na polu namiotowym w Karlshamn (na Kolleviks Camping) – po zrobieniu ok. 75km tego dnia. Byliśmy wyczerpani, więc z przyjemnością rozbiliśmy się na uboczu i szybko, po ciepłej kolacji, poszliśmy spać.

Na kolejny dzień mieliśmy w planie dotarcie do Åhus, ale z zahaczeniem po drodze kilku jezior – miało być łącznie niemal 100km. Wyszło mniej, trochę przez nasze zmęczenie, a trochę przez niespodzianki. Odpuściliśmy przejazd ścieżką biegnącą śladem dawnej linii kolejowej na północ od Sölvesborga, bo … przeraziły nas wzgórza, przez które ścieżka zdawała się prowadzić (wysokości chyba niecałych 150m, ale z poziomu morza wydawały się strasznie wysokie). Trzymaliśmy się zatem bliżej wybrzeża i raczej płaską trasą, bez szczególnych atrakcji dotarliśmy do Sölvesborga. Obowiązkowym punktem do zaliczenia był Sölvesborgsbron, czyli kilka połączonych ze sobą mostów nad zatoką, o łącznej długości niemal 800m. Przejazd był ciekawym doświadczeniem, a z dość dużej liczby ludzi możemy wnioskować, że miejsce to cieszy się popularnością. Same mosty spodobały nam się tak, że przerwę obiadową zrobiliśmy sobie na brzegu nieopodal, skąd mogliśmy je stale podziwiać, obserwując też przy okazji Szwedów grających w bule (częsty widok w Szwecji). Trochę czasu upłynęło nam na tym, że skręcaliśmy z drogi by podjechać nad sam brzeg morza, by odetchnąć. Zamiast się spieszyć, staraliśmy się delektować przyjemną atmosferą Szwecji. Ostatecznie odpuściliśmy więc jeszcze jedną zaplanowaną atrakcję, Kristianstad, głównie z uwagi na późną porę.


Ominięcie Kristianstad i obranie skrótowej trasy blisko wybrzeża miało fatalny skutek – nagle dotarliśmy do ogrodzenia poligonu wojskowego, który zdawał się blokować drogę do zaplanowanego noclegu. Z nadzieją, że jednak gdzieś się przebijemy, choćby przy samym morzu, nadrobiliśmy dobre kilkanaście kilometrów, bo i tak potem musieliśmy się cofać i poligon okrążać. Przez tę przygodę do upatrzonego pola namiotowego dotarliśmy niemal o zmroku i jedyne, o czym marzyliśmy, to spokojne rozbicie się i pójście spać (mimo zaledwie ok. 80km w nogach). Cena za nocleg, którą musieliśmy zapłacić, nas jednak porządnie rozbudziła – była około trzykrotnie wyższa niż poprzedniej nocy (później już nic jej nie przebiło). Mieliśmy nauczkę: najpierw trzeba pytać o ceny, a potem brać miejsce, a nie odwrotnie… Jedynym plusem tego campingu w porównaniu do poprzedniego była plaża z przepięknym molo, gdzie spędziliśmy wieczór i gdzie następnego dnia zjedliśmy śniadanie.




KILKA PRAKTYCZNYCH PORAD O SZWECJI:
Zabudowa w Szwecji jest rzadka, dominują małe miejscowości z głównie jednorodzinnymi domkami z dużymi obejściami. Miało to znaczenie o tyle, że problemem okazało się znajdywanie sklepów – a nieznajomość szwedzkiego też nie pomagała. Na szczęście szybko się zorientowaliśmy, że działają tam dwie duże sieci marketów, w tym znany nam z Polski Lidl (drugą siecią jest Willys), więc za nimi się rozglądaliśmy analizując GoogleMaps. Niemal wszędzie można płacić kartą, więc też pod tym kątem nie było problemów. Ze względu na wysokie ceny w Skandynawii, staraliśmy się sami przygotowywać sobie posiłki, mieliśmy zestaw do gotowania, więc potrzebowaliśmy tylko robić zakupy. We wzajemnych rozliczeniach pomagała nam aplikacja SplitWise – warta polecenia na takie wyprawy.
Z praktycznych porad, plusem w Szwecji, który rzucił nam się od razu w oczy, była duża ilość źródełek z pitną wodą – nie tylko na campingach, ale też np. w centrach miast czy przy plażach. Dzięki temu nie musieliśmy się martwić zapasami wody (co zwykle na wyprawach robimy), bo praktycznie wszędzie dało się je łatwo i za darmo uzupełnić.
Kolejnego dnia trzymaliśmy się w 100% planu, bo profil zrobił się dużo bardziej znośny, i wiatr nie dokuczał już tak bardzo jak wcześniej. Pogoda była wręcz idealna. Z chęcią zajeżdżaliśmy na plaże. Poza tym znów natrafiliśmy na poligon, ale tym razem mieliśmy szczęście – po pierwsze, akurat była tablica z informacją, kiedy jest on zamknięty dla cywili, a po drugie, nieopodal była otwarta bramka, którą bez trudu dostaliśmy się na teren wojskowy. Przejazd nim był interesujący nie tylko z uwagi na różne wojskowe atrakcje, typu imitacje fortów, ale też bardzo liczne stada kóz, koni i krów, które chyba funkcjonowały tam jako ekologiczne kosiarki. Spotkaliśmy też sporo rowerzystów, piechurów i biegaczy, z czego wnioskujemy, że poligony faktycznie są na co dzień raczej otwarte, ale zdecydowanie warto sprawdzić ich dostępność przed wyjazdem.






Gdy opuściliśmy Simrishamn, dość duże miasto z portem pełnym nadwodnych ptaków wszelakich gatunków, zrobiliśmy przerwę obiadową. Dalej jechaliśmy piękną nabrzeżną ścieżką rowerową ku Skillinge, po raz pierwszy na wyprawie zobaczyliśmy Danię, a dokładniej Bornholm. Próbowaliśmy wypatrzeć cokolwiek znajomego, choćby okolice Sandvig czy Hammershus, ale bez lornetki nie dało się nic rozpoznać, nawet zoom w aparacie okazał się zbyt słaby. Jednak te niemal 40km to spory dystans.
Im bardziej jechaliśmy na południe, tym bardziej lasy ustępowały miejsca polom, a skoro było ich coraz więcej, to łatwiej było wypatrzeć dziką zwierzynę. Niestety nie spotkaliśmy żadnego łosia, choć znaków przed nim przestrzegającym jest w Szwecji mnóstwo. Kilkukrotnie natknęliśmy się jedynie na zające i sarny. Na polach były też ogromne stada mew, wyjadających pewnie pozostałości po niedawnych żniwach. Ciekawostką były też krowy przypominające raczej jaki, z długą sierścią i ogromnymi rogami.


Wreszcie wieczorem, po 90km, dotarliśmy do pola namiotowego w Löderups Strandbads, ale po godzinach otwarcia recepcji. Plusem w takich miejscach w Szwecji i w Danii jest to, że zwykle podany jest numer telefonu, pod którym można załatwić sobie miejsce na campingu, i fakt, że zawsze mogliśmy się dogadać po angielsku lub niemiecku. Dzięki temu i na tym polu szybko znaleźliśmy sobie miejsce na namioty, kilkadziesiąt metrów od brzegu morza.
Plan na czwarty dzień przewidywał chyba główną atrakcję historyczną szwedzkiej części wyprawy, czyli Ales Stenar. To miejsce warte polecenia. W zasadzie są to dwa długie odcinki kilkumetrowych, smukłych kamieni, razem tworzące bardzo rozciągniętą elipsę o długości kilkudziesięciu metrów, położone na wysokim brzegu. Niby nic takiego, ale jednak zrobiły na nas duże wrażenie – można tam było dotknąć, (i to dosłownie!), prawdziwej prehistorii. O dziwo cały teren nie był w żaden sposób zabezpieczony, więc można było nawet wchodzić na te kamienie i robić zdjęcia z góry. Zresztą jeszcze dziwniejsze było dla nas to, że prawdopodobnie czasem wypasano tam bydło, bo pole było bogate w krowie placki. W Polsce, gdybyśmy mieli takie miejsce, miałoby ono wysoki płot, ochronę, płatne bilety oraz dmuchane zamki, jarmark i stragany z pamiątkami. Innym, delikatnym, ale pozytywnym szokiem było dla nas, że choć na dole (do kamieni trzeba się wspinać po schodach) zostawiliśmy rowery niepilnowane, jedynie zapięte, to nie zginęło nic – a na wierzchu były chociażby rozłożone nasze panele słoneczne. Szwecja okazała się więc także w tym aspekcie zupełnie inna kulturowo niż Polska. Zapewne w Polsce na takich niepilnowanych kamieniach byłoby po kilku dniach pełno wulgarnych graffiti, puste puszki po piwie, a rowery zastalibyśmy bez sakw (o ile w ogóle by tam wciąż były). 😉


Na dalszym odcinku wzdłuż morza mijaliśmy dwa piękne miasteczka: Ystad i Trelleborg. W Ystad zrobiliśmy sobie spacer po centrum, zajrzeliśmy do kościoła, do ogrodu przy klasztorze i do kilku innych zabytkowych budynków, a po zakupach w Lidlu zjedliśmy obiad na ruinach bunkra na brzegu morza (wiało straszliwie!).
Za Trelleborgiem okazało się, że nie wszędzie w Szwecji są ścieżki rowerowe. Niestety sporą część odcinka do Falsterbo musieliśmy przebyć drogą, i to dość ruchliwą. To, w połączeniu z późną porą, sprawiało, że mieliśmy niezłe tempo – wzmocnione zresztą wiejącym nam przez cały dzień wiatrem w plecy. Niezwykle malowniczą atrakcją było tam za to powoli zachodzące słońce, najpierw nad morzem, a potem nad lądem, dzięki czemu mieliśmy wrażenie, że jedziemy dokładnie w stronę słońca. Możliwe, że też dzięki temu w całkiem niezłej formie dotarliśmy do pola namiotowego, choć mieliśmy w nogach ponad 100km.
Niestety, na polu się okazało, że nie ma miejsca na nasze dwa małe namioty, a żadnego innego pola w pobliżu nie było. Wykupiliśmy więc tylko prysznice – całe szczęście było to możliwe – i po kąpieli wyruszyliśmy na poszukiwanie miejsca dobrego do przenocowania na dziko. Znaleźliśmy je już niecałe 2km dalej, w lesie na wydmie, gdzie zresztą nie tylko my byliśmy rozbici (plusem tego miejsca był m.in. fakt, że stosunkowo blisko była bezpłatna publiczna toaleta). Wskazówka: przed dzikim rozbiciem się warto sprawdzić, czy na upatrzonym miejscu nie ma mrówek. Rano się niemile przekonaliśmy, że o tym zapomnieliśmy, ale po ciemku i tak by było ciężko te mrówki na ziemi wypatrzeć; i tak byliśmy dumni z siebie, że rozbiliśmy namioty po zmroku…



NOCLEGI NA DZIKO:
Informacja warta zapamiętania: w Szwecji można się rozbijać na dziko praktycznie wszędzie i bez konsekwencji (inaczej niż w Danii i Niemczech). Toalet publicznych, tak jak ujęć wody pitnej także nie brakuje. Bardzo dużo jest też ławeczek i wiat w różnych pięknych i urokliwych zakątkach.
Kolejny dzień zaczęliśmy od śniadania na południowym skraju rezerwatu Nabben. Mogliśmy tam obserwować nie tylko stada mew i krów (brodzących niemal po kłąb w wodzie), ale też golfistów, bo tuż obok było pole golfowe Falsterbo (swoją drogą, mijaliśmy na tej wyprawie, w każdym kraju, mnóstwo pól golfowych i jeszcze więcej pól do minigolfa).
Potem przejechaliśmy piaszczystą ścieżką wzdłuż plaży, pełnej różnokolorowych plażowych domków i plażowiczów, zajrzeliśmy do portu, i okrężną drogą wróciliśmy do Falsterbo (albo Skanör – oba miasteczka wydawały się nam jednym). Generalnie ta okolica wydała nam się bardzo urokliwa, ale i najbardziej komercyjna, choć akurat to mogło wynikać z faktu, że byliśmy tam w weekend.




W drodze do Malmö natknęliśmy się niespodziewanie na Fotevikens Vikingamuseum, czyli muzeum Wikingów, leżące między Stora Hammar a Lilla Hammar (nie mylić z Lillehammer – skoczni nie było). Po kilku chwilach rozważań postanowiliśmy zajrzeć do środka. Słuszna decyzja! Spędziliśmy tam dobre 1,5 godziny – jest to zrekonstruowana wioska Wikingów, z licznymi chatami, wieżą strażniczą, miejscem kultu, ogródkiem, wszystko opatrzone tablicami informacyjnymi. Pracownicy muzeum chętnie odpowiadali na pytania. Przy wejściu można też spróbować przeczytać napisy ze stojących tam kamieni runicznych (aż przypomniały mi się tam zajęcia z historii języków skandynawskich ;)…), dostępne były też różne zabawy typu strzelanie z łuku czy przeciąganie liny, i można było się przebrać za Wikinga; a w sali wejściowej był ogromny wybór pamiątek, z chyba najtańszymi t-shirtami na świecie – w przeliczeniu za ok. 5-6zł (warto tu dla porównania podać koszt magnesów na lodówkę: ok. 35-40zł).




Jeśli chodzi o samo Malmö to mamy mieszane odczucia. Z jednej strony ładne centrum, pełne świątyń, parków, pomników i innych zabytków, z mnóstwem ścieżek rowerowych, z drugiej dzielnica imigrantów, przez którą strach było jechać. Ogólnie jednak właśnie centrum warte jest zobaczenia, i pewnie mając więcej czasu (i nie mając obładowanych rowerów) przyjrzelibyśmy się mu uważniej. Niestety czas nas gonił – niemal w ostatniej chwili wskoczyliśmy do zaplanowanego pociągu do Kopenhagi, zwłaszcza że mieliśmy drobny problem z kupnem biletów w biletomacie. Podróż pociągiem była komfortowa, choć mieliśmy nieco mało miejsca na trzy obładowane rowery. Z przyjemnością podziwialiśmy widoki za oknem, przejeżdżając po długim i robiącym duże wrażenie moście Øresundsbron (niedostępnym dla pieszych i rowerzystów, dlatego wybraliśmy pociąg – jeżdżą bardzo często, ale ceny są dość wysokie).
Ostatnie kilometry przed Malmö bardzo nas zachwyciły. Szutrowa, prosta i długa droga, z obu stron porośnięta ładnie przyciętymi wierzbami, otoczona polami pszenicy, w piękny, niemal bezchmurny dzień prezentowała się naprawdę znakomicie.



W Kopenhadze z dworca mieliśmy kilometr do hotelu (Wakeup Copenhagen) – to było jedyne miejsce przez te dwa tygodnie, gdzie nocowaliśmy pod dachem. Wypraliśmy wszystko, co się dało i porozwieszaliśmy po całym pokoju. Wieczór spędziliśmy na krótkim spacerze po okolicy hotelu. Tego dnia zrobiliśmy niecałe 50km, a odcinek szwedzki zamknęliśmy z ok. 400km.
JAK JEŹDZIĆ ROWEREM PO KOPENHADZE?
Kopenhaga szczyci się mianem rowerowej stolicy Europy (walczy o to dzielnie z Amsterdamem), i byliśmy bardzo ciekawi tego rowerowego miasta. Mnóstwo ścieżek rowerowych, kontrapasów, światła specjalnie dla rowerów, nawet ronda rowerowe, do tego pełno pamiątek z motywem rowerowym i miejsca specjalnie dla rowerów przeznaczone – po prostu niesamowite. W tym ruchu ulicznym łatwo dało się zgubić, bo pasy dla rowerów były niekiedy prowadzone przez środek skrzyżowania i trudno od razu ogarnąć, którędy, kiedy i jak jechać. Po Kopenhadze trzeba się nauczyć jeździć, bo nie jest to takie proste. Staraliśmy się naśladować tubylców i jechać tak jak oni. Po całym dniu szło nam już całkiem nieźle.
Kopenhaga to duże miasto pełne ciekawych miejsc, zabytków i uroczych uliczek – wymienić trzeba chociażby Pałac Królewski w centrum, rynek, liczne kanały pełne jachtów, czy wreszcie dzielnicę Christiania, z ludnością żyjącą według własnych praw. Chłonęliśmy liczne bodźce i żałowaliśmy, że na zwiedzanie miasta mieliśmy tylko jeden dzień, i to jeszcze z obładowanymi rowerami.



ZWIEDZANIE DUŻYCH MIAST NA WYPRAWACH ROWEROWYCH:
Na tym wyjeździe utwierdziliśmy się w przekonaniu, że rower z sakwą to nie najlepszy środek transportu w dużym mieście. Tłumy, intensywny ruch na drogach, hałas, strach przed zostawieniem gdziekolwiek rowerów, zatem ograniczone możliwości wejścia do budynków – to najważniejsze z wad tego rozwiązania. Zdecydowanie zalecamy zostawienie jednego dnia wolnego na samo miasto (tak robiliśmy w stolicach nad Dunajem i się sprawdziło).
Ale Kopenhaga to nie tylko zabudowania i ludzie. Na południu jest rezerwat przyrody, Kalvebod Fælled, czyli ogromny zielony park tuż przy mieście. Pięknymi ścieżkami, wśród pól i lasów, z lotniskiem po lewej, można dojechać do najbardziej wysuniętego na południe krańca miasta, a następnie, ścieżką biegnącą wybrzeżem, można wrócić w pobliże centrum. Niesamowity kontrast między tymi dwoma obrazami Kopenhagi – warto się samemu przekonać!


Pierwszego dnia, po opuszczeniu Kopenhagi, w zasadzie było nudno. Jechaliśmy niemal bez przerwy przez miasteczka i wioski, bezczelnie ładną i zadbaną ścieżką rowerową, praktycznie nie musząc nigdzie zjeżdżać na drogi, i tylko niekiedy robiliśmy przerwy przy marketach (zwykle przy Lidlach), rozglądając się za znakomitą szwedzką czekoladą.
Wbrew planom postanowiliśmy przenocować w Køge (Køge & Vallø Camping), choć oznaczało to spore kilometraże w kolejnych dniach – ale niestety pogoda była coraz gorsza i woleliśmy się rozbić przed deszczem. Decyzja okazała się słuszna – niemal przez całą noc padało. Dzień zakończyliśmy zatem jedynie z 65 kilometrami na liczniku (i do tego z 6km biegu po wybrzeżu – to był dopiero pierwszy mój bieg na wyprawie).
Następnego dnia, gdy już w miarę osuszyliśmy namioty, wyruszyliśmy ku, jak się wydawało, najpiękniejszym miejscom Danii. Po kilkunastu kilometrach przez małe, urokliwe miasteczka wzdłuż wybrzeża, gdzie mogliśmy podziwiać domki z widokiem na morze i przydomowe pomosty z jachtami, i jeszcze kilkunastu przez nieliczne w tym kraju lasy, dotarliśmy do pierwszych klifów: w okolice Stevns Naturcenter. Wysokie wybrzeża są praktycznie wolno dostępne, nie ma zbędnych barierek, można podejść nawet na sam skraj kilkudziesięciometrowych urwisk. Widoki przepiękne, i z góry, na rozciągające się w dole morze, i z dołu, na wysokie, jasne ściany pnące się na wiele metrów (gdzieniegdzie są schody, zatem da się obejrzeć klify z obu stron). Oczywiście trzeba być w tym miejscu ostrożnym, bo pewnie łatwo sobie coś zrobić, choćby przy poślizgnięciu się – a przy takich wrażeniach dookoła, łatwo o nieuwagę. Sam próbowałem wejść na drobny gzyms blisko wieży widokowej niedaleko Naturcenter, planując każdy kolejny krok przez pewnie dobre kilkanaście sekund (czyli dłużej niż na zimowym biegu na orientację, przy przechodzeniu po zwalonym pniu przez rzekę), ale ostatecznie jednak nie odważyłem się na zejście na sam jego skraj.
Kilka kilometrów dalej na południe odwiedziliśmy latarnię morską, na którą można było wejść. Widok z góry nie zachwycał już tak bardzo, jeśli się wcześniej było na klifach, ale i tak warto zajrzeć – zwłaszcza że przy dobrej pogodzie da się wypatrzeć brzegi Szwecji, a konkretnie okolice Falsterbo. Turystów było tam całkiem sporo, w porównaniu do klifów, i nawet spotkaliśmy dwie młode Polki, o niesamowicie wulgarnym języku (aż trochę wstyd ;)…), ale nadal były to raczej nieliczni turyści (czym są tłumy, przekonamy się dopiero w Niemczech, zwłaszcza na Uznamie).
Kolejne kilometry mijały nam na przemiłej jeździe szerokimi ścieżkami rowerowymi tudzież drogami, na których z obu stron wygospodarowano dobre 1,5 metra dla rowerów (łącznie oba pasy rowerowe były podobnie szerokie jak środkowa część jezdni, zostawiona dla samochodów). Mijaliśmy trochę dzikich zwierząt, z zającami na czele, i trochę mniej dzikich, długowłose krowy i lamy.



Nocleg znaleźliśmy w centrum Præstø – atmosferą, standardem i profilem gości camping (Præstø Camping) skojarzył nam się z polskimi polami namiotowymi, co jednocześnie było zaletą (bo swojsko) i wadą (bo bez luksusów i klimat jak sprzed 20 lat). Do tego rozbiliśmy się nieopodal rzeczki, przez co w nocy porządnie zmarzliśmy – temperatura spadła do ośmiu stopni. Ale dzięki temu wyspaliśmy się całkiem dobrze, zwłaszcza że za sobą mieliśmy kolejne 77km na rowerze i sporo łażenia po wybrzeżu. A przed snem spotkaliśmy jeszcze (głodną) kaczkę i (śpiącego) jeża. 🙂
Następny dzień zaczęliśmy od leniwego zwiedzania Præstø – to małe, sympatyczne miasteczko, z ładnym portem i kościółkiem oraz dość ciekawym rynkiem, do objechania w dziesięć minut. Potem ruszyliśmy na południe, ale trasę mieliśmy raczej monotonną, z trzema wyjątkami: ogromną łąką kwietną, mostem Dronning Alexandrines Bro i miastem Stege. Most przytłacza swoim ogromem, strasznie na nim wieje, ruch jest intensywny, za to jest ładny widok z obu stron na zatoczki i port oraz na przepływające dołem jachty, łodzie i statki.


W Stege akurat trafiliśmy na festyn, więc było tłumnie, głośno i kolorowo, mimo to bardzo nam się tam spodobało, bo miasteczko ma swój skandynawski urok. W jego pobliżu (konkretnie na campingu w Keldby – Keldby Camping Møn) rozbiliśmy się, a po krótkiej naradzie wyruszyliśmy na drugie duńskie klify: Møns Klint. Dojazd dał się we znaki, bo było zaskakująco dużo górek, a na końcu musieliśmy przebijać się do brzegu po ścieżkach raczej nieprzeznaczonych dla rowerów, czasem przepuszczając pasące się krowy, ale brak sakw bardzo ułatwiał jazdę. Same klify okazały się jeszcze bardziej niesamowite niż te ze Stevns. Wyższe i jeszcze bardziej dzikie! Spędziliśmy tam sporo czasu, starając się obejść wszystkie ścieżki, jednak zabrakło nam czasu na całość, okolice GeoCenter musieliśmy odpuścić. Małą niespodzianką w drodze powrotnej okazały się długie zjazdy – środkowa część półwyspu, z Keldby w centrum, jest położona dużo niżej niż szczyty klifów, i o ile jadąc na klify mieliśmy bardzo zmienny profil, to już na drodze powrotnej (inną trasą) górek niemal nie było.




Docierając do campingu nieco zmokliśmy, na szczęście ta noc okazała się spokojniejsza niż poprzednie. Łącznie z zaledwie 56km za sobą mogliśmy spokojnie regenerować siły na intensywny następny dzień.
A intensywny był dlatego, że mieliśmy w planie dwa duże promy, a drugi kończył kursowanie stosunkowo wcześnie. Wyruszyliśmy więc, w naszym odczuciu, niemal o świcie, czyli tak koło ósmej. Po szybkiej, niemal bezproblemowej półtoragodzinnej jeździe dotarliśmy do Bogø – po drodze zaliczając niesamowity przejazd przez Bogø Dæmningen, czyli długi na prawie dwa kilometry kompleks mostów i wałów, otoczony wodami zatoczek Bałtyku. Niewielki prom (na który bilety można szybko nabyć na miejscu) sprawnie przeprawił nas na trzecią już tego dnia wyspę, do miejscowości Stubbekøbing. Kolejne z małych, ładnych miasteczek, które zachwyciło nas prostotą, czystością i urokiem – musieliśmy zostać tam chwilę, by się nacieszyć jego atmosferą, i przy okazji kupić kilka pamiątek (magnesy w Danii są niewiele tańsze niż w Szwecji).
Wreszcie ruszyliśmy dalej, kierując się do Gedser. Trzymaliśmy się raczej wschodniego brzegu wyspy, ciesząc się lasem, szutrowymi ścieżkami i samotnością. Z lewej stale towarzyszył nam Bałtyk, co jakiś czas dało się wypatrzeć prawdopodobnie niemieckie wybrzeże. U kogoś na prywatnej posesji zostaliśmy mile ugoszczeni, co ciekawie kontrastowało z przygodą z prywatnej posesji u Szweda… Południowy skraj Danii był już dużo uboższy w ścieżki rowerowe przy drogach, ale też ruch wydawał się zdecydowanie mniejszy, i dopiero w wyraźnie turystycznej miejscowości Marielyst zrobiło się tłoczno, a w pobliżu Gedser zaczęliśmy się zastanawiać, jak prom da radę zabrać tyle samochodów. Do portu dotarliśmy na szczęście o czasie, i po bezproblemowym kupnie biletów w biletomacie mogliśmy obserwować, jak ogromny prom przybija do brzegu i wypuszcza z siebie ogromną liczbę aut. Razem z nami, ale z latarni, całą akcję obserwowała para kormoranów. W końcu pozwolono nam wjechać na prom, więc zaparkowaliśmy na dolnym pokładzie wśród ciężarówek, tym samym kończąc duński etap wyprawy, z niemal 300km.
Przeprawa z Gedser do Rostock trwała około 2h. Prom jest ogromny i oprócz poziomów dla samochodów (i rowerów) ma też poziomy pasażerskie, ze sklepami, restauracjami, kawiarnią i toaletami, oraz otwarty pokład, pełen ludzi i … mew. Zapewne nauczone doświadczeniem leciały nad promem, uważnie patrząc, od kogo mogą dostać coś do jedzenia, i czasem przysiadając na barierkach czy pokładzie – była to ciekawa okazja do robienia im zdjęć w locie z bliska.




Wreszcie późnym popołudniem dobiliśmy do Rostock. Zaskoczyły nas ogromne tłumy na plaży, przypominające nam trochę to, co znamy z polskiego morza – okazało się to przedsmakiem tego, co nas czekało w Niemczech. O samotności, ciszy i spokoju znanym z Danii i zwłaszcza ze Szwecji, mogliśmy już tylko pomarzyć.
Rozbiliśmy się w Markgrafenheide, kilkanaście kilometrów od portu. To mała miejscowość o charakterze bardzo turystycznym, więc jest tam sporo pól namiotowych, hoteli, plaż, sklepów i turystów. Mimo to, gdy dotarliśmy na upatrzony camping, okazało się, że recepcja znów jest nieczynna, a ktoś w charakterze stróża pozwolił nam za niewielką opłatą rozbić się w przedsionku pola. Był to intensywny dzień, który skończyliśmy z niemal 90km w nogach (choć, przyznaję, było mi mało i jeszcze się przebiegłem kilka kilometrów ścieżką wzdłuż plaży, zaliczając drugi i zarazem ostatni trening na wyprawie). Cena za nocleg wydawała nam się podejrzanie niska, ale przez kolejne dni przekonaliśmy się, że po prostu Niemcy w porównaniu do Szwecji i Danii są tanie.
SKANDYNAWIA A NIEMCY:
Niemcy miały swoje plusy i minusy. Do tych pierwszych trzeba zaliczyć relatywnie niskie ceny, znany nam język i sieci handlowe, które kojarzymy z Polski (Lidl, Netto, Aldi), zatem mogliśmy się czuć już niemal jak w Polsce. Wśród tych drugich wymienić musimy przede wszystkim tłumy, raczej niespecjalnie urzekającą infrastrukturę rowerową i zamknięte sklepy w niedziele (o tym trzeba zawsze pamiętać) – więc mogliśmy czuć się jeszcze bardziej jak w Polsce…
Jednak największym problemem pierwszych dni w Niemczech była pogoda. Na początek wymęczył nas upał. Z Markgrafenheide jechaliśmy do Stralsund, z początku trochę ścieżkami rowerowymi wśród lasów i pól, gdzie zwłaszcza podobał nam się przejazd przez rejon Heiligensee und Hütelmoor, ale później niestety głównie drogami (bo ścieżek nie było), i to nawet nie zawsze asfaltowymi (hitem był wjazd do Stralsund drogami polno-leśnymi) – a na tych asfaltowych był zwykle intensywny ruch samochodowy (minął nas nawet samochód GoogleStreetView). Po drodze zatrzymaliśmy się na dłużej tylko nad jeziorem w Ribnitz– o ile samą miejscowość tylko krótko objechaliśmy, o tyle ścieżka biegnąca wzdłuż jeziora oraz miejsca postoju okazały się naprawdę warte polecenia, zwłaszcza że widoki na drugi brzeg były całkiem ładne. Ogólnie z utęsknieniem wyglądaliśmy lasów, bo grzało niemiłosiernie, co przypominało nam się naddunajski wał z wyprawy z 2019 roku (kliknij aby przeczytać o naszej wyprawie wzdłuż Dunaju). W każdym sklepie kupowaliśmy coś do schłodzenia, a czekolady ukryte głęboko w sakwach zamieniły się w gorącą czekoladę do picia. Marzyliśmy o chłodzie, i nie sądziliśmy, że przyjdzie już nazajutrz.
Ale najpierw, w Stralsund, po krótkiej rundce po mieście zajrzeliśmy do Ozeaneum, czyli jednego z największych oceanariów w Europie. Trafiliśmy tam dość późno, dzięki czemu w większości sal byliśmy sami i mogliśmy na spokojnie przyglądać się wszystkiemu. Zwykle są tam podobno ogromne kolejki i tłumy. Wystawy dotyczące historii Bałtyku, jego flory i fauny, życia morskiego, rybołówstwa i gospodarki morskiej… Niemal dwie godziny chodzenia, a i tak mieliśmy poczucie, że dałoby się dłużej. Miejsce zdecydowanie konieczne do zaliczenia.



Nocleg mieliśmy po drugiej stronie cieśniny Strelasund, już na Rugii, konkretnie w Altefähr (Sund Camp Altefähr). Jak zwykle dotarliśmy tam po godzinach, ale jak zwykle można było się rozbić i uregulować płatność kolejnego dnia. Pole nas nie zachwyciło, zwłaszcza że było położone na delikatnym stoku, ale po przejechaniu niemal 85km i wobec nadciągających bardzo ciemnych chmur, nie szukaliśmy niczego innego i rozbijaliśmy się w trybie ekspresowym.
Następnego dnia obudził nas deszcz. Prognozy już od kilku dni straszyły, ale do końca żyliśmy nadzieją, że się nie sprawdzą. Niestety, praktycznie cały dzień mokliśmy, więc zachodnią część Rugii zwiedziliśmy bardzo pobieżnie i szybko, robiąc niespełna 65km. Kilka razy musieliśmy chronić się przed ulewami, zwykle pod wiaduktami i na przystankach autobusowych, a raz nawet w czyjejś hali warsztatowej, skąd nas na szczęście nikt nie wygonił. Czuliśmy się trochę zdemotywowani, więc zdecydowaliśmy się na pizzę w pizzerii w Gingst – to był nasz pierwszy kupny obiad na wyprawie ;). Smakował podwójnie wspaniale.

Prom Wittower Fähre przeprawił nas ekspresowo w pobliże Wiek, gdzie chcieliśmy się rozglądać za noclegiem – czas oczekiwania był krótki, prom kursuje co pół godziny, a cena była niska. Po kolejnej ulewie, tym razem w lesie, niebo zaczęło się rozpogadzać, a zakupy w Altenkirchen robiliśmy już niemal przy zachodzącym słońcu. Niestety, rosnący optymizm zgasł na polu namiotowym (Campingplatz Drewoldke) – znów trafiliśmy na zamkniętą recepcję, a telefonicznie dowiedzieliśmy się, że nie ma już miejsc. Niesamowicie się zatem ucieszyliśmy, gdy po chwili nagle wyszedł do nas mężczyzna, z którym, jak się okazało, rozmawialiśmy telefonicznie (po niemiecku), ale który pochodzi z Polski i usłyszał, że rozmawiamy po Polsku. Postanowił nas “po znajomości” gdzieś jeszcze wcisnąć. Pole miało bardzo fajny standard, mogliśmy też wynająć przedłużacz i podłączyć się do sieci elektrycznej (oczywiście za dopłatą), z czego chętnie skorzystaliśmy. Do plaży z namiotu mieliśmy jakieś 50 metrów, i praktycznie jedynym minusem tej lokacji było znów to, że musieliśmy rozbić się na zboczu.



Kolejny dzień rozpoczęliśmy od porannego wypadu na przylądek Arkona (ok. 16km). Jako miłośnik Słowian połabskich, byłem bardzo ciekaw, co zastanę w sercu dawnego państwa Ranów, zwłaszcza że kilka ich śladów ominęliśmy przez deszcz. Na miejscu zdziwiłem się niemal zupełnym brakiem nawiązań do historii (głównie kilka rzeźb stylizowanych na pogańskie), bo miejsce, jak się wydaje, jest obecnie przede wszystkim atrakcją przyrodniczą, z uwagi na wysokie klify. Nie były jednak tak wysokie ani tak atrakcyjne jak te w Danii, i w przeciwieństwie do nich były bardziej turystyczne, pełne barierek i wytyczonych ścieżek. Zdecydowanie inne wrażenia… Ale byliśmy tam rano, więc mogliśmy spokojnie zjeść śniadanie w punkcie widokowym niedaleko Veilchentreppe, delektując się widokiem morza i odpływających precz chmur. Minusem wczesnej pory było natomiast to, że wszystko, z latarnią morską i kościółkiem na czele, było zamknięte.




Po powrocie ze śniadania i wymeldowaniu się z pola, mieliśmy przed sobą niemal dziewięćdziesiąt kilometrów – pomni doświadczeń poprzedniego dnia i poprzedniego weekendu zarezerwowaliśmy sobie miejsce na ostatnim polu namiotowym na wyspie (według naszego planu). Staraliśmy się więc nie tracić czasu i zatrzymywać się tylko w najciekawszych miejscach. Z nich wymienimy trzy: piękną ścieżkę nad Spycker See w okolicy Glowe, z pięknymi widokami na jezioro i rozlewiska, klify w Nationalpark Jasmund (konkretnie to w okolicy National Park Centre), zdecydowanie ciekawsze od tych w Arkonie, ale strasznie zatłoczone (a częściowo płatne!), oraz miejscowość Sassnitz, typowo turystyczną, pełną wszystkiego, czego do szczęścia może potrzebować turysta, ale wartą odwiedzenia. Generalnie cały odcinek od Glowe do Sassnitz był mocno pagórkowaty i gdzieniegdzie naprawdę się umęczyliśmy wspinaczką, ale wspaniałą nagrodą za te trudy, oprócz urzekających widoków i klifów, był kilkukilometrowy zjazd do Sassnitz.

Przejazd z Sassnitz do pola namiotowego (Naturcamping Rügen-Pritzwald) był praktycznie wyścigiem z czasem po lekko pofałdowanej trasie, by zdążyć przed zamknięciem recepcji (więc znów trzeba było odpuścić miejsca związane z Ranami). Trudne kilometry tego dnia nie pomagały trzymać tempa, więc ostatecznie nie zdążyliśmy… ale czekano na nas. Rozbiliśmy się znów bardzo blisko plaży, a totalnie zachwycił nas fakt, że był tam mały sklepik! Uratowało nam to skórę następnego dnia, czyli w niedzielę, bo w pośpiechu nie zrobiliśmy żadnych zakupów (a sklepy są w niedziele w Niemczech nieczynne). Finalnie ten dzień był drugim z przekroczoną setką – łącznie zrobiliśmy niemal 105km.
Następny dzień był kolejnym z serii “gonimy promy”, bo mieliśmy ich w planie dwa. Pierwszym sprawnie przeprawiliśmy się z Rugii do Stahlbrode (bilety, dość tanie, do nabycia na miejscu – jest kasa). Do Greifswaldu jechaliśmy niestety głównie drogami, częściowo nawet drogą z kocimi łbami. W samym mieście się nie zatrzymywaliśmy, ale nie odpuściliśmy przejazdu mostem zwodzonym w Wieck (musieliśmy czekać, aż przepłynie kilkadziesiąt jachtów i łodzi) oraz spaceru po ruinach klasztoru Eldena, które zrobiły na nas duże wrażenie – zachęcamy do sprawdzenia obu miejsc. We Freest, gdzie czekał nas drugi prom, trafiliśmy na jakiś festyn, więc przebicie się przez tłumy do miejsca, skąd miał nas zabrać prom, było niemałym wyzwaniem. Niestety prom się spóźnił, ale dzięki temu mieliśmy chwilę na krótkie obejście tego malutkiego portu.
Na Uznam (wysiedliśmy w Peenemünde). Ścieżki rowerowe były zdecydowanie lepsze niż wcześniej w Niemczech (gdzieniegdzie na Rugii było znośnie, poza tym raczej słabo). Co jakiś czas wyskakiwaliśmy na plażę, a w Zinnowitz mieliśmy nadzieję na wizytę w morzu – działa tam kapsuła, w której można zjechać na dno (Tauchgondel). Niestety, dotarliśmy na miejsce za późno, mogliśmy się więc jedynie przyjrzeć jej z zewnątrz, i przy okazji podziwiać niemieckie plaże, pełne wynajmowanych budek dla turystów, zatem wyglądające dla nas dość nietypowo.


Poszukiwanie noclegu na niemieckiej części Uznam było wyzwaniem (obok Rugii Uznam to jeden z głównych celów wakacyjnych nad niemieckim morzem). Choć według map pól jest tam sporo, to jednak w niedzielny wieczór w pełni sezonu w większości nie ma już miejsc, a w niektórych nawet w ogóle nie działała recepcja (a telefonu nikt nie odbierał). W pewnym momencie byliśmy już pewni, że trzeba będzie nielegalnie przenocować na dziko, ale na szczęście ktoś w Ückeritz pokierował nas do pola nad Zalewem Szczecińskim (Naturcamping Hafen Stagnieß). Mimo późnej pory znalazło się tam dla nas całkiem sympatyczne miejsce kilkanaście metrów od brzegu, komfort i stan sanitariatów był zadowalający, i tam też rano mogliśmy zrobić małe zakupy. Mając za sobą ok. 88km z ulgą rozbiliśmy się po raz ostatni podczas tej wyprawy.
Świeże bułki są idealne na śniadanie na świeżym powietrzu, polecamy. 🙂 Po takim posiłku pełni energii ruszyliśmy na wschód, ku Świnoujściu. Z początku luźno trzymaliśmy się ścieżek, czasem rezygnując z tych utwardzanych, biegnących niemal wzdłuż morza, na rzecz leśnych dróżek bardziej od morza oddalonych (trzymając kierunek raczej nie da się tam zgubić, a warto sobie obejrzeć też trochę inne części wyspy niż te przeznaczone głównie dla turystów). Za ostatnim poważnym podjazdem wyprawy, przy Langer Berg w Bansin, wskoczyliśmy już na brukowaną ścieżkę rowerową prowadzącą aż do Polski. Była płaska, prosta i niewiarygodnie zatłoczona. Czasem musieliśmy jechać powoli za np. rodziną z dziećmi, bo nie było miejsca na wyprzedzanie…
Punktem centralnym tego dnia była granica polsko-niemiecka, na której zatrzymaliśmy się na dłużej. Było tam mnóstwo turystów pieszych, jeszcze więcej rowerowych, i wszyscy robili sobie zdjęcia z bramą graniczną w tle – musieliśmy chwilę poczekać na swoją kolej. Tam też zamknęliśmy niemiecką część wyprawy, z kilometrażem ok. 350km.
W Świnoujściu skoczyliśmy szybko na Stawę Młyny i zjedliśmy polskie lody/gofry przy promenadzie. Wreszcie, mając za sobą tego dnia ok. 25km, udaliśmy się na prom, którym za darmo przeprawiliśmy się na Wolin. Tam wsiedliśmy w pociąg do Szczecina i rozpoczęliśmy powrót do domu.




Ostatecznie podczas całego wyjazdu przejechaliśmy ok. 1073km (licząc od portu w Karlskronie do stacji w Świnoujściu), i zajęło nam to nieco ponad 58 godzin. Niemal w pełni daliśmy radę trzymać się planu, zarówno czasowo, jak i trasowo. Namioty okazały się ciekawą alternatywą dla standardowych noclegów, i na pewno pomogły nam uelastycznić plany (mogliśmy czasem skracać trasę albo przekładać pewne odcinki na kolejne dni). Na całym wyjeździe, pomijając Kopenhagę, mieliśmy zarezerwowany tylko jeden nocleg, i właśnie wtedy chyba najbardziej goniliśmy, co pokazuje, do czego prowadzą rezerwacje i sztywny plan. 😉 Choć oczywiście będąc w pełni sezonu w turystycznym miejscu trzeba mieć na uwadze, że nie wszędzie, albo przynajmniej nie od razu, uda się znaleźć miejsce noclegowe. W Szwecji można to ominąć rozbijając się gdziekolwiek, ale już w Danii i w Niemczech takiej opcji (oficjalnie) nie ma.
Ten duży kilometraż podzielony na 14 dni daje średnią dzienną około 75 kilometrów – zgodnie uznajemy, że to nieco za dużo, jeśli chce się mieć wyjazd spokojny, bez presji czasowej, z możliwością leniwych postojów czy zwiedzania ciekawszych miejsc. Wydaje się, że dzienne odcinki długości 60-65 kilometrów byłyby optymalne.
Mieliśmy szczęście do pogody – poza jednym deszczowym dniem było całkiem ładnie, a nocne deszcze nie przemoczyły nam namiotów. Wybierając się nad morze zawsze trzeba się liczyć z potencjalnym wiatrem, na szczęście ten nam mocno nie dokuczał, a czasem nawet pomagał.
Gdybyśmy mieli zrobić hierarchię trzech krajów tej wyprawy, to na górze umieścilibyśmy Szwecję, a na dole Niemcy. Zdecydowanie bardziej podobało nam się w Skandynawii – bardziej dziewicza natura, dużo mniej ludzi, odczuwalnie inna mentalność mieszkańców, świetnie rozwinięta infrastruktura rowerowa, dostęp do wody… U naszych zachodnich sąsiadów nieco przeszkadzały nam ogromne tłumy, a stan ścieżek często pozostawiał wiele do życzenia, o ile w ogóle ścieżki w danym miejscu były. Dania pozycjonuje się pomiędzy tymi dwoma krajami, dysponując nadal świetnie rozwiniętą siecią ścieżek (zwłaszcza blisko Kopenhagi) i nieco inną mentalnością, ale zarazem z dużo mniej ciekawą przyrodą (pomijając klify). Ale, co ciekawe, nasi znajomi, robiący tydzień przed nami podobną trasę, ale w przeciwnym kierunku, mieli niemal dokładnie odwrotne wrażenie – im w Szwecji podobało się najmniej. Może decydujące było, ile dni, kilometrów i wrażeń miało się już za sobą.
Miejsca konieczne do zobaczenia to wg nas: Karlskrona, Ystad, Muzeum Wikingów pod Malmo, Kopenhaga, klify w Danii (i ewentualnie na Rugii), Ozeaneum w Stralsund, Tauchgondel w Zinnowitz.
Cenowo Szwecja i Dania przebijają Niemcy, a w Niemczech jest nieco drożej niż w Polsce. Warto to mieć na uwadze podczas przygotowań – być może lepiej wziąć nieco więcej rzeczy ze sobą z Polski, niż dokupować je drożej na miejscu. W Niemczech sklepy w niedziele są nieczynne.
Jeśli chodzi o dostępność, to zarówno Gdynia, jak i Świnoujście są osiągalne pociągiem. Z Gdyni promy do Szwecji kursują codziennie, zresztą z Polski da się dopłynąć też do Ystad i Trelleborga. Możliwych konfiguracji tras jest dzięki temu sporo. Dla największych miast, z Kopenhagą na czele, warto zostawić jeden dzień wolny od rowerów. Na pewno też warto dobrze przemyśleć, jakie dziennie dystanse chce się robić (jak wspomnieliśmy, u nas wyszło ok. 75km i było to nieco za dużo).
Zachęcamy zatem do wybrania się na zachodnie wybrzeża Bałtyku. Coś dla siebie znajdą tam zarówno fani przyrody, jak i fani bardziej ludzkich dzieł i kultury. Mam nadzieję, że ten opis podpowie Wam, czego gdzie można się spodziewać, zdjęcia pokażą, że wszystkie opisane miejsca naprawdę warto odwiedzić, a mapka pomoże zaplanować trasę. W razie pytań służymy pomocą – regularnie czytamy komentarze. 😉